MyMenu1

wtorek, 11 lutego 2014

Podsumowanie drugiej rundy Six Nations


Drugi weekend Six Nations za nami. Pora na krótkie podsumowanie. Tym razem nie było thrillerów, takich jak mecz Francja – Anglia w pierwszej rundzie. Nie znaczy to jednak, że brakowało emocji. Największą niespodziankę sprawiło spotkanie Irlandia – Walia. Większość kibiców spodziewała się wyrównanego pojedynku. Z tą opinią zgadzali się także eksperci, którzy typowali mecz na styku, licząc, że Walia zagra lepiej niż w meczu z Włochami.

Okazało się jednak, że Irlandia gładko zwyciężyła 26:3, a całe spotkanie miało dość jednostronny przebieg. Olbrzymie słowa uznania należą się trenerowi Joe Schmidtowi oraz jego drużynie. Mecz w Dublinie był pokazem inteligentnego rugby ze strony gospodarzy. Przyjęta taktyka sprawdziła się w 100%! Irlandia stworzyła prawdziwą broń z ofensywnych autów, perfekcyjnie wykonując ten element gry. Trzecia linia zagrała wręcz popisowo, a przewaga zyskana w przegrupowaniach uniemożliwiała walijskim gwiazdom otrzymywanie szybkiej piłki i stwarzanie jakiegokolwiek zagrożenia. Leigh Halfpenny, George North oraz Alex Cuthbert byli więc praktycznie niewidoczni. Jonathan Sexton zagrał świetny mecz – oprócz skutecznych kopów na bramkę – bardzo mądrze grał nogą. Jeśli Irlandia utrzyma wysoką formę w kolejnych meczach, będzie mieć duże szanse na zwycięstwo w turnieju. Kibice Walii na pewno czują się zawiedzeni postawą ekipy. Mimo wysokiej porażki i marnego startu, szanse aktualnych mistrzów na obronę tytułu nie są jeszcze całkiem przekreślone. Sądzę, że Warren Gatland jest na tyle doświadczonym trenerem, iż zdoła wykorzystać przegraną do jeszcze większego zmotywowania swoich zawodników, aby w pełni wykorzystali potencjał jakim dysponują.

Podobnie jak Irlandia, także Francja zanotowała drugie zwycięstwo. Trójkolorowi pokonali Włochów 30:10. Pierwsza połowa meczu nie należała do najpiękniejszych. Kopacze obu zespołów mieli trudności z celnym egzekwowaniem karnych. W grę wdarło się sporo niedokładności i prostych błędów. Po 40 minutach gospodarze prowadzili na Stade de France 9:3. Po zmianie stron kibice byli świadkami fantastycznej gry, z jakiej od wielu lat znana jest reprezentacja Francji. W przeciągu dziewięciu minut ze stanu 9:3 zrobiło się 30:3. Popisowe zagrania Louisa Picamolesa oraz Wesleya Fofany przesądziły o wyniku spotkania. W ostatnie minuty meczu wdarło się trochę niepotrzebnych nerwów. Żółtą kartką został ukarany Sebastien Vahaamahina, a czerwoną Rabah Slimani i Michele Rizzo. Zwycięstwo Francji było dużo bardziej komfortowe niż to sprzed tygodnia. O sukcesie zadecydował jednak talent pojedynczych zawodników. W ekipie Phillippe Saint-Andre wciąż brakuje zgrania. Drużyna nadal gra nierówno, prezentuje momenty prawdziwego geniuszu, jak wspomniane dziewięć minut w drugiej połowie, ale często oddaje inicjatywę przeciwnikom, popełniając proste błędy lub grając bez pomysłu. Jeśli jednak w kolejnych meczach uda się wyeliminować niedoskonałości i zagrać nieco lepiej taktycznie, być może zdobywca drewnianej łyżki sprzed roku sięgnie po puchar…

O meczu Szkocja – Anglia pisałem w poprzednim artykule. Anglia wygrała Calcutta Cup. Dodam tylko, że pomysł Stuarta Lancastera, aby dać szansę młodym zawodnikom okazał się strzałem w dziesiątkę. Gracze stawiający pierwsze kroki w reprezentacji sprawdzili się znakomicie. Grają bez kompleksów i prezentują prawdziwy talent. Być może bardziej doświadczony skład nie pozwoliłby wykraść sobie zwycięstwa w Paryżu w pierwszej kolejce, ale nauka nabyta w starciach z europejską elitą oraz zaufanie trenera (który zdecydował się wystawić tę samą XV co w pierwszej rundzie) na pewno zaprocentują. Jestem pewien, że wielu graczy z aktualnego składu Anglii ujrzymy w Pucharze Świata.